Kolejne skandale szpiegowskie w Stanach Zjednoczonych

3 sierpnia 2018, 09:42
Ambasada USA
Fot. Wikimedia Commons, licencja Creative Commons Attribution-Share Alike 3.0 Unported
  • Rosyjski agent miał funkcjonować w amerykańskiej ambasadzie w Moskwie przez ponad dekadę;
  • Na trop działań agenturalnych Amerykanie mieli natrafić dopiero w 2016 r. podczas rutynowego sprawdzania rosyjskich pracowników placówki;
  • Według przecieków do mediów, cała sprawa została zakamuflowana przez US Secret Service, tak aby nie doprowadziła do wybuchu skandalu.

W relacjach amerykańsko-rosyjskich, jak można było przypuszczać, pojawił się kolejny skandal szpiegowski. Tym razem cała sprawa miała mieć miejsce w Moskwie. To właśnie tam, Federalnej Służbie Bezpieczeństwa (FSB) udało się najprawdopodobniej pozyskać lub raczej bezpośrednio wprowadzić własnego agenta do obsługi ambasady Stanów Zjednoczonych. Działalność agenturalna miała być prowadzona od ponad dekady i obnażyła słabość weryfikacji Rosjan wynajmowanych do pracy, w strategicznej dla amerykańskich interesów oraz działań szpiegowskich, placówce dyplomatycznej. W tym przypadku ostrze krytyki spada bezpośrednio na działania US Secret Service.

Podejrzany rosyjski agent miał pracować w ambasadzie amerykańskiej w Moskwie przez ponad dziesięć lat, a został ostatecznie zwolniony dopiero w zeszłym roku. Pierwszy taką informację podał brytyjski „the Guardian”, powołując się na amerykańskie źródła w instytucjach rządowych. Wskazał jednocześnie, że była to Rosjanka, która została przyjęta do pracy po sprawdzeniu przez US Secret Service. Osoba ta miała mieć w trakcie pracy dostęp do intranetu i specjalnych systemów pocztowych wspomnianej struktury federalnej. Jednakże, według źródeł stacji CNN nie miała mieć ona dostępu do źródeł tajnych.

Nie zmienia to faktu, że mogła pozyskiwać dla Rosjan pewne poufne materiały, w tym nawet te dotyczące amerykańskiego prezydenta oraz wiceprezydenta. Przy czym, należy założyć, iż największe straty będą dotyczyły zapewne mniej medialnych, niż urzędujący w Białym Domu, celów. Albowiem straty obejmować mogą istotne dla amerykańskiej dyplomacji, zabezpieczenia ambasad, systemów informatycznych, czy też wywiadu kwestie. Co więcej, sam fakt rozpoznawania pracy amerykańskiej od wewnątrz placówki był zapewne dla FSB niejako skarbnicą ważnych informacji, szczególnie w połączeniu z informacjami zbieranymi w zakresie rutynowej obserwacji ambasady oraz jego personelu.

Na trop działań agenturalnych w swojej ambasadzie Amerykanie mieli wpaść dopiero w 2016 r. To wówczas, w trakcie rutynowych sprawdzeń okazało się bowiem, że kobieta miała szereg nieautoryzowanych i pogłębionych kontaktów z rosyjską FSB. Przy czym należy zaznaczyć, że Amerykanie zdawali sobie sprawę, iż rosyjscy pracownicy placówek dyplomatycznych są wzywani przez FSB. Lecz w tym przypadku, prowadzone działania odbiegały od rutynowych i standardowych procedur względem samej ambasady. 

Jednakże, po wykryciu anomalii w działaniach Rosjanki, zdaniem źródeł na które powołał się „The Guardian”, nie uruchomiono niezbędnych procedur, przede wszystkim po stronie US Secret Service. Dziś, najwięcej wątpliwości budzi właśnie postawa tej służby, a w Stanach Zjednoczonych pojawiają się nawet oskarżenia, że całą sprawę chciano przysłowiowo zamieść pod dywan, tak aby nie doprowadzić do wybuchu skandalu. Należy przypomnieć, że do najgłośniejszych spraw tego rodzaju można zaliczyć pozyskanie przez KGB amerykańskiego żołnierza elitarnego Korpusu Piechoty Morskiej Claytona J. Lonetree w latach osiemdziesiątych XX w. Należał on do ochrony moskiewskiej ambasady Stanów Zjednoczonych i dzięki jego zwerbowaniu w radzieckie ręce trafiły liczne dokumenty z tej placówki dyplomatycznej. 

Ostatecznie, podejrzewana o szpiegostwo na rzecz Rosji pracownica ambasady w Moskwie odeszła wraz z utratą niezbędnych certyfikatów, wydawanych przez Departament Stanu. Co więcej, jej ciche usunięcie miało być niejako kamuflowane bardzo głośną kwestią wydalenia z Rosji grupy 750 Amerykanów, pracujących tam dla dyplomacji Stanów Zjednoczonych.

Niewykluczone, że cała sprawa trafiła do mediów z racji rozgrywek wewnętrznych w amerykańskich służbach specjalnych lub w zakresie ich relacji z Donaldem Trumpem i jego administracją. Trudno bowiem nie zauważyć, że w kontekście tzw. wątku rosyjskiego w wyborach prezydenckich, nieautoryzowanych relacji ludzi z otoczenia Trumpa z Rosjanami, sprawy Marii Butiny, pojawienie się problemu agenta rosyjskiego w moskiewskiej ambasadzie doda paliwa do krytyki działań administracji prezydenckiej względem Rosji. Szczególnie, że po stronie instytucjonalnej pojawia się tylko i wyłącznie US Secret Service, podlegająca Departamentowi Bezpieczeństwa Krajowego (DHS), przez co ostrze krytyki nie spadnie na kluczowe amerykańskie agencje wywiadowcze oraz kontrwywiadowcze.

Co ciekawe, w tle sprawy opisanej przez „The Guardian” w Stanach Zjednoczonych pojawiła się również informacja o kierowcy wpływowej senator Dianne Feinstein. Miał on być pozyskany w trakcie jednego z wyjazdów do Azji i następnie już w Stanach Zjednoczonych zadaniowany przez chiński wywiad MSS. W tym przypadku obecność agentury przy senator miała trwać prawie dwadzieścia lat. Wspomniany pracownik miał być prowadzony przez rezydenturę w chińskim konsulacie w San Francisco. Jednakże również i w tym przypadku nie doszło do głośnych działań, a sprawa zakończyła się jedynie zwolnieniem z pracy.

KomentarzeLiczba komentarzy: 0
No results found.